Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniatury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniatury. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 sierpnia 2021

- „Przegrani”

„Przegrani”

        Artur nalał sobie kolejną szklankę whisky i wyszedł na balkon. Zaczął padać drobny deszcz, a w powietrzu czuć było nadchodzącą jesień. Zegarek na przegubie prawej ręki wskazywał pięć minut po drugiej. Świat, pogrążony w spokojnym śnie, jest bardzo cichy o tej porze, nawet na dużym osiedlu.
       Z mieszkania dochodziły ciche dźwięki jazzowej suity. Jedenaście pięter niżej kilka osiedlowych latarni oświetlało chodnik i miejsce z kubłami na śmieci. W wąskiej uliczce pojawiły się światła wolno jadącego samochodu i zniknęły za rogiem pobliskiego bloku.
        Artur zapalił papierosa. Prawie we wszystkich oknach znajdujących się w zasięgu jego wzroku panowała ciemność. Prawie we wszystkich… W sześciu paliło się blade światło. Kim są ludzie, którzy nie śpią o tej porze? Dlaczego nie śpią? O czym myślą? Samotni? Porzuceni przez żonę? Czy piją teraz wódkę, rozpamiętując swoje błędy? Może nie mają żadnych perspektyw na przyszłość? A może maja tylko problemy finansowe?
        Artur zamknął oczy i wsłuchał się w dźwięki saksofonu i trąbki dolatujące z mieszkania. Deszcz padał trochę mocniej. A może przegrali swoje życie? Tak jak… Podniósł prawie pusta szklankę whisky i wzniósł toast. Za was panowie, wasze zdrowie… przegrani. 
        Przechylił się przez balustradę i spojrzał w noc. Przecież tak łatwo… Wypuścił niedopałek i patrzył jak znika w ciemnościach. Wystawił rękę ze szklanką za balustradę. Po chwili za niedopałkiem papierosa spadło coś większego i uderzyło w dopiero co położoną kostkę brukową, przerywając nocy spokojny sen.

wtorek, 5 stycznia 2021

- „Wieniec pogrzebowy”

„Wieniec pogrzebowy” 

Grzegorz automatycznie dziękował za kondolencje i wyrazy współczucia po śmierci żony. Nie patrzył kto do niego podchodzi i co mówi. Ciągle nie docierało do niego, że już po wszystkim, że jego żona leży w trumnie i za chwilę grabarz przysypie ją ziemią. Na zawsze. 
- Bardzo panu współczuj - powiedziała młoda dziewczyna, która podeszła do Grzegorza ostatnia - nie zna mnie pan… jestem Gosia, pracowałam razem z pana żoną… nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje - i łzy zaczęły jej spływać po bladych policzkach. 
- Dziękuję pani… tak, żona wspominała że ma nową koleżankę w pracy… chyba bardzo panią polubiła. 
- Znałyśmy się tylko cztery miesiące, ale też ją bardzo polubiłam - łzy ciągle płynęły jej po policzkach - jeszcze tydzień temu opowiadała, jak pana poznała i żebym się nie martwiła, że jestem sama, bo nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy spotka mnie miłość, a teraz… nie mogę uwierzyć… Przed Grzegorzem nagle pojawił się obraz tego dnia, w którym pierwszy raz zobaczył swoją żonę. 

Kwiaciarnia na obrzeżach miasta. Przyszedł odebrać wieniec pogrzebowy. Zmarła jego matka, był bardzo przybity. Mała kwiaciarka wręczając mu wieniec smutnym głosem zapytała: „Od kochającego syna Grzegorza dla mamy”, tak miało być na wstędze? Grzegorz pokiwał głową, zapłacił i… patrzył na dziewczynę trzymającą wieniec pogrzebowy, patrzył w jej niebieskie oczy okolone blond włosami, patrzył i patrzył. Po roku została jego żoną. 

- Proszę pana? - z zamyślenia wyrwał go smutny głos Gosi. Grzegorz uświadomił sobie gdzie się znajduje i spojrzał na dziewczynę. Gosia trzymała przed sobą wieniec pogrzebowy, a on patrzył na nią przez ten wieniec… patrzył w jej niebieskie oczy okolone blond włosami, patrzył i patrzył…

sobota, 28 listopada 2020

- „Czterolistna koniczynka”

„Czterolistna koniczynka” 

      Był sobie raz mały chłopiec. Nie miał przyjaciół, ani towarzyszy zabaw. Zawsze chodził sam, smutny i poważny. Unikał ludzi, a najlepiej się czuł, gdy był sam. 
     Pewnego dnia zauważył na łące czterolistną koniczynkę. Gdy tylko ją zobaczył, poczuł w sobie coś dziwnego, coś czego jeszcze nigdy nie zaznał. Zaczął chodzić częściej na łąkę. Siadał obok niej i podziwiał ją. Coraz częściej o niej myślał, aż ta mała roślinka zdominowała go całkowicie. Gdy miał odrobinę wolnej chwili, biegł na łąkę, żeby być ze „swoją” koniczynką. 
     Po pewnym czasie zauważył, że nie jest na łące sam, że są tam tez inni ludzie i, co go zdziwiło, ci ludzie mu wcale nie przeszkadzają. Zaczął się do nich nawet uśmiechać, a później i rozmawiać z nimi. Zauważył, że łąka ma wiele barw, zauważył kolory kwiatów, poczuł ich zapach, poczuł wiatr we włosach. Ogarnęła go radość, którą zaczął dzielić z innymi, przypadkowymi ludźmi. Czuł, że ta mała czterolistna koniczynka zmieniła go całkowicie. 
     Niestety, był jeszcze jeden mały chłopiec, który też często siadał obok koniczynki i podziwiał ją. Gdy dni zrobiły się chłodne, gdy liście opadły już z drzew i zaczęła zbliżać się zima, chłopiec chciał zabrać koniczynkę do domu, żeby nie zmarzła gdy zacznie wiać zimny wiatr i nie zginęła pod zimną puchową pokrywą śniegu. Chciał mieć ją przy sobie, żeby ciągle wnosiła radość do jego życia. Chciał ją ciągle podziwiać 
     Ale ten drugi chłopiec, też miał takie plany. I to właśnie on zabrał ją na zimę do swojego domu. 
     Ludzie widząc, że jest smutny, pytali go dlaczego pozwolił zabrać sobie koniczynkę, dlaczego nie walczył o nią, czy nie jest mu teraz smutno? Odpowiadał im zawsze, że jest mu smutno, ale on już dużo dobrego zaznał od tej małej zielonej roślinki. A ten drugi chłopiec pewno lepiej się nią zaopiekuje. Koniczynce będzie lepiej w domu tego chłopca, gdy będą razem spędzać długie zimowe wieczory. A o to przecież chodzi, żeby to czterolistnej koniczynce było jak najlepiej, a nie jemu. I odchodził smutny.

piątek, 13 listopada 2020

- „Grota solna”

„Grota solna” 

15.00 
Siedzimy w grocie solnej. Miła pani z obsługi prosi o ciszę i przypomina o wyłączeniu telefonów, mówi żeby nie rozmawiać, nie chodzić, chyba że ktoś musi do toalety, bo to wszystko przeszkadza innym. Wychodzi. Siedzimy, oddychamy, muzyka relaksacyjna włączona, światło zgaszone. 
15.02 
Wchodzę spóźnialscy. Dziadkowie z wnukami (3 sztuki, około 10-15 lat). Każdy z torbą wypchaną kocem (bo przecież krzesła są twarde, zimno będzie więc trzeba się opatulić tym kocem). Stoją na środku i szukają miejsca. Znaleźli. Zaczyna się wyciąganie kocy, nakładanie ich na krzesła, moszczenie się, szuranie. Trwa to do 15.07. Siedzą. 
15.07 
Jedna pani mówi, że muzyka jest za głośna. Ale zorientowawszy się, że nie ma już pani z obsługi, siada z niezadowoloną miną. To nic że usiadła sobie akurat pod głośnikiem, a na drugim końcu groty są wolne miejsca. Nie przesiada się. 
15.08 
Dziadkowi przypomniało się, że nie zabrał taboretu pod nogi. Wstaję. Idzie po taboret (przez całe grotę). Przyniósł dla siebie i najstarszego wnuka. Panowie rozłożyli krzesła do pozycji leżącej i położyli nogi na taborety. Cisza. 
15.09 
Pani obok wnuka patrzy na jego rozłożone krzesło i mówi, że też tak chce ale nie wie jak to zrobić. 
Młodzieniec tłumaczy co należy zrobić. Nic. W końcu pomaga i oboje szarpią się z krzesłem. Po chwili szurania oparcie opada do pozycji leżącej. Pani próbuje ale widać, że to nie to. "Bo mi to śleciało" mówi i szarpie krzesło żeby trochę podnieść oparcie. Po chwili szurania jest tak jak chciała. Cisza. 
15.12 
Dziadek tłumaczy wnuczkowi, że 45 min w grocie, to tak jak 3 dni nad morzem. 
W grocie jest akwarium więc dziadek informuje wnuka, że w akwarium pływają ryby słodkowodne (mimo że to grota solna). 
Czuje lekki niepokój o mój wzrok. Siedzę najbliżej akwarium ale żadnej ryby w nim nie widzę. Jest żwirek, kamienie, korzenie, filtr działa, bąbelki lecą ale ryb nie ma (może mają restart akwarium albo czekają na nową dostawę). Szukam ryb. Nie ma. Już spokojny o mój wzrok siedzę spokojnie już teraz w zupełnej ciszy. 
15.15 
Najmłodszy wnuczek siada wyprostowany i "szeptem" mówi "Ale cisza" i kładzie się spokojnie na rozłożonym krześle. 
15.28 
Pani spod głośnika ściąga nogi z taboretu (szurając), przesuwa go do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu, ustawia go w tym samym miejscu w którym był dotychczas i kładzie się na krześle. 
15.32 
Przestrzeń groty wypełnia równomierne chrapanie. 
15.33 
Najmłodszy wnuczek sprawdza która jest godzina, rozświetlając na chwilę półmrok telefonem. 
15.35 
Wnuczek znowu sprawdza która jest godzina. 
15.41 
Pani spod głośnika siada wyprostowana i przesuwa taboret (4 minuty do końca seansu więc trzeba się przygotować do wyjścia). 
15.43 
Pani spod głośnika obserwuje ludzi. Nikt się nie rusza bo przecież trwa jeszcze seans. Ona wstaję, ściąga koc z krzesła i zaczyna go składać. 
15.45 
Pani spod głośnika ciągle składa koc (już 2 minuty!). 
15.46 
Pani spod głośnika zabiera koc, torebkę i idzie odnieść taboret. Gdy odkłada taboret, uruchamia się czujnik ruchu i zapala się światło. Pani zadowolona wychodzi. (Przecież miało być 45 min., więc o co chodzi?). Reszta nadal siedzi i oddycha w ciszy i spokoju (już teraz ze światłem). 
15.48 
Przychodzi pani z obsługi. Koniec seansu. 
Wychodzę z groty. Przede mną dwie panie. Jedna (około 80 lat) narzeka że coś tam źle było, krzesła twarde, to nie tak... i mówi na cały głos "Ja pierdolę, już tu więcej nie przyjdę". 
Idę do parku.

piątek, 6 listopada 2020

- "Niedźwiedzica"

"Niedźwiedzica"

    Było ciepłe jesienne popołudnie. Emilia nerwowo spoglądała na zegarek, który pokazywał 17.15. Autobus miał już 15 minut spóźnienia. „Już nie przyjedzie. Znowu wypadł” pomyślała Emilia. „Następny o 19.10. Tak to jest w małych miejscowościach. Nie masz samochodu, to koniec. Muszę w końcu zrobić prawo jazdy” westchnęła Emilia.
    Zastanawiała się co zrobić. Wrócić do koleżanki? Bo nie będzie przecież stała dwie godziny na przystanku. Nawet nie było gdzie usiąść. Ławka niby była, ale połamana. Ktoś ją zdewastował rok temu i tak już zostało. Mogła iść piechotą do domu, ale na ponad godzinny spacer nie miała ochoty. A łapać stopa się bała, bo to teraz nie wiadomo na kogo się trafi. Mogła jeszcze iść na skróty, przez las. To tylko pół godziny - 20 minut przez las i 10 minut polami. Spojrzała na rozciągającą się za plecami ścianę szumiących drzew. „A niech tam, co mi grozi w lesie?”. 
    Szła bardzo szybko. Nie zachwycała się śpiewem ptaków czy stukaniem dzięcioła. Nie zwracała uwagi na piękne drzewa, soczyste jagody czy kolorowe grzyby. Nie cieszyła się nawet orzeźwiającym zapachem lasu. 
       Po pewnym czasie zaczęło jej się wydawać, że ktoś za nią idzie. Odwracała się co chwilę, ale nikogo nie widziała. W końcu doszła do wniosku, że to jej wyobraźnia i przyspieszyła na wszelki wypadek kroku. Jednak po kilku kolejnych minutach była już pewna, że ktoś jednak za nią idzie. Zaczęła biec. Oddychała coraz szybciej i ciężej. Zaprzątnięta myślami kto to może być i co może jej zrobić, zatrzymała się nagle trzy metry od wielkiego niedźwiedzia brunatnego. 
       Serce, które jak jej się wydawało jeszcze przed chwilą, wyskoczy jej z piersi, teraz zamarło z przerażenia. Patrzyła z niedowierzaniem na niedźwiedzia, a on patrzył na nią. Dopiero po chwili usłyszała jakieś rozpaczliwe mruczenie. Po jej lewej stronie była w ziemi rozpadlina do której musiał wpaść niedźwiadek. Emilia wiedziała jak wielkie niebezpieczeństwo grozi człowiekowi, który spotkał niedźwiedzicę z młodym. 
    Ale niedźwiedzica nie ruszała się z miejsca. Patrzyła to na niedźwiadka, który usiłował wdrapać się po osuniętej ziemi, to na Emilię. Dziewczynie wydawało się, że prosi ją o pomoc. Zaczęła powoli rozpinać sweter. „Co ty robisz idiotko” słyszała głos w głowie. „Wycofuj się spokojnie”. Ale zamiast słuchać wewnętrznego głosu, zdjęła sweter i bardzo powoli uklęknęła nad osuniętą ziemią. Niedźwiedzica obserwowała ją cały czas, ale nie ruszyła się z miejsca. Emilia owinęła jeden rękaw wokół ręki, a drugi koniec swetra spuściła do dziury. Niedźwiadek złapał go od razu zębami, ale gdy Emilia zaczęła wyciągać sweter, niedźwiadek spadł. Udało się go wyciągnąć dopiero za czwartym razem. 
       Gdy dziewczyna odwróciła głowę, zobaczyła, że niedźwiedzica stoi w odległości niecałego metra od niej. Patrzyły sobie prosto w oczy. Emilia czuła obrzydliwy zapach z jej pyska. „To koniec”. Zamknęła oczy i zsikała się ze strachu. 
       Poczuła na ramieniu dotyk wilgotnego nosa. Otworzyła oczy. Niedźwiedzica stała jeszcze bliżej. Wydała kilka cichych sapnięć i dotknęła ją jeszcze dwa razy nosem. Niedźwiadek stanął na tylnych łapkach i delikatnie uderzając przednimi Emilię w bok, zachęcał ją do zabawy. 
       Trwało to chwilę, aż niedźwiedzica odwróciła się i odeszła. Warknęła na swoje młode, które natychmiast za nią pobiegło. Emilia została sama, klęcząc na ziemi. „Nikt mi nie uwierzy, nikt!”. 
    - Witaj laluniu - Emilia odwróciła się gwałtownie. Stało przed nią dwóch facetów, którym niezbyt dobrze patrzyło z oczu. 
      - Daj spokój Staszek, widziałeś co ona zrobiła, to jakaś wiedźma. 
      - Cicho bądź! 
      - Mówię ci, to czarownica. Normalnie ludzie tak nie robią z niedźwiedziami, jak ona. 
      - A ja ci mówię zamknij się. Napaliłem się na tę małą i nic mnie nie obchodzi co i jak zrobiła temu niedźwiedziowi. 
    Emilia przypomniała sobie gdzie jest. „Jednak mi się nie wydawało. Szli za mną. Nie zabił mnie niedźwiedź, a zrobią to ci dwaj”. Może pod wpływem tej niewiarygodnej przygody, którą przed chwilą przeżyła, a może pod wpływem adrenaliny, która już dawno przekroczyła bezpieczny poziom, Emilia podniosła duży kamień i rzuciła w pierwszego mężczyznę. Dostał w brzuch i zgiął się. Wystraszona dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Wbiegła w gęste zarośla, bo wydawało jej się, że jako młoda dziewczyna, szybko i zwinnie się przez nie przedrze. Ale tak nie było. Biegli za nią przeklinając siarczyście. Zbliżali się do niej z każdym metrem. Nagle poczuła ogromny ból w plecach i przewróciła się między krzaki. Padając zauważyła turlający się kamień, ten sam którym ona rzuciła w mężczyznę. 
    Mężczyźni odwrócili ją na plecy. Ten zwany Staszkiem stanął nad jej nogami, a drugi obok niej. Emilia leżała między krzakami mając nad sobą dwie okrutne twarze na których gościł lubieżny uśmiech. 
    - Dałaś sobie radę z tamtym niedźwiedziem - powiedział Staszek - to teraz zobaczymy jak sobie poradzisz z moim niedźwiedziem. Ściągaj spodnie mała dziwko, czy może mamy ci pomóc? Lepiej będzie dla ciebie, jak sama ściągniesz, - mówiąc to, rozpiął rozporek i wyjął członka. - Widzisz, mój niedźwiadek jest już gotowy do zabawy. Mężczyźni ryknęli śmiechem. 
      Nagle z zarośli wyskoczył niedźwiedź. Stanął przed Staszkiem na tylnych łapach i przednią łapą uzbrojoną w potężne pazury, przejechał Staszkowi przez twarz, rozrywając ją prawie na pół. Staszek padł martwy. Drugi z mężczyzn nie zdążył się nawet poruszyć. Gdy dopadł go niedźwiedź Emilia usłyszała trzask. Nie chciała wiedzieć i widzieć co tak strzeliło. 
    Mężczyźni nie żyli. Niedźwiedzica podeszła do Emilii i delikatnie szturchała głową plecy dziewczyny. Gdy Emilia w końcu usiadła, cały czas czując ból w plecach po uderzeniu kamieniem, niedźwiadek który wybiegł z gąszczu, wskoczył jej na kolana, tuląc się do niej. 
    Dziewczyna i niedźwiedzica znowu spojrzały sobie w oczy z bardzo bliska. Patrzyły tak na siebie, a Emilia nie czuła już strachu. Niedźwiedzica prychnęła kilka razy, pokiwała głową i zniknęła w leśnej gęstwinie. Niedźwiadek pośpieszył za nią. 
    Całą drogę do domu zastanawiała się co zrobić. Powiadomić policję? Ale przecież jej nie uwierzą. Powiedzieć, że znalazła martwe ciała w lesie? Będą ją przesłuchiwać, męczyć, zjedzie się prasa, telewizja. Postanowiła nikomu nic nie mówić. Stwierdziła, że poradzi sobie z tym psychicznie. 
      Gdy weszła do domu, zastała płaczącą matkę siedzącą przy stole. Obok stał ojciec ze smutną miną. 
      - Co się stało? 
      - Ciocia Aniela zmarła - rzekł cicho ojciec. 
      - Ale jak? Przecież tydzień temu urodziła zdrowe dziecko, nic jej nie było. 
      - Tak - odpowiadał cicho ojciec - Urodziła czwartego syna, zdrowego, dużego. Wypisali ją ze szpitala zdrową i wesołą, a wczoraj w nocy coś się stało i zmarła dzisiaj po południu. 
     - O Boże - kręciła głową z niedowierzaniem Emilia - taka zdrowa, wesoła i pogodna kobieta. 
    Cioci Aniela była siostrą mamy. Miała ponad 100 kilogramów wagi, ale zawsze była pogodna i chętna do pomocy innym. Jej mąż miał 120 kilogramów wagi. Ciocia Aniela nazywała go pieszczotliwie słonikiem, a on ją niedźwiedzicą. Zawsze się śmiali z tego i nigdy się na siebie nie obrażali. 
    Nagle Emilii zakręciło się w głowie. Niedźwiedzica, przecież… 
    - A była taka dobra - szlochała mama Emilii - Dlaczego?! Dlaczego?! Już do nikogo się nie uśmiechnie, nikomu nie pomoże. 
    „Dalej pomaga, nawet po śmierci” pomyślała Emilia, bo była pewna kim była spotkana w lesie niedźwiedzica z małym.

środa, 28 października 2020

- "Ucieczka"

„Ucieczka” 

Kinga, jej mąż Jakub i dwoje ich dzieci, siedzieli przy niezbyt czystym stoliku w dworcowym barze pijąc coca-colę. Przyjechali do tej małej nadmorskiej miejscowości spędzić wakacje. Za dwa dni będzie ich dziesiąta rocznica ślubu. Jakub kupił żonie pierścionek z prawdziwą perłą i nie mógł się doczekać chwili gdy jej go wręczy. Był bardzo dumny ze swojej pięknej żony i dwójki dzieci. 

Kinga powiedziała, że musi skorzystać z toalety. Wstała i szybko wyszła z baru. Przeszła przez dworcowy korytarz, minęła toalety, wyszła na peron i wskoczyła do pociągu, który stał najbliżej. 
Usidła w pustym przedziale i zasłoniła się starą żółto-brązową firanką. Z okna pociągu widziała dworcowy bar, męża i dzieci, siedzących przy stoliku. 
Nawet stąd widziała, że mąż jest radosny, mówił coś do dzieci, a one uśmiechają się do niego. Jego dwa skarby: ośmioletni Adaś i pięcioletnia Ania. 
Kindze po raz pierwszy zrobiło się ich żal. Przecież on nawet nie przypuszczał, że to nie są jego dzieci, ba, to nawet nie są jej dzieci. Ale tego miał się już nigdy nie dowiedzieć. 

Kinga zamyśliła się… Wyszła za Jakuba, bo myślała, że robi dobrze. Był przystojny, bogaty, (potem się okazało, że jednak nie tak bardzo bogaty). Myślała, że miłość przyjdzie później. Nigdy nie przyszła. Po dwóch latach małżeństwa urodziła syna. Rodziła w szpitalu, w którym pracowała jako pielęgniarka. Jakub był akurat w delegacji za granicą, więc nie wiedział, że dziecko urodziło się martwe. Lekarka i położna, jej bardzo dobre przyjaciółki, powiedziały jej, że wczoraj młoda matka zostawiła w szpitalu swoje dziecko, więc jeżeli chce… mogą zamienić dzieci. Przynajmniej tamto dziecko nie trafi do domu dziecka. Kinga się zgodziła, sama nie wiedziała dlaczego. One załatwiły wszystko i tak Adaś trafił do ich domu. Jakub oczywiście o niczym nie wiedział. 

Drugiego chłopca urodziła w nocy trzy lata później, w tym samym szpitalu. Na dyżurze były znowu jej przyjaciółki: lekarka i położna. Godzinę przed nią rodziła jakaś biedna schorowana kobieta. Urodziła córkę i lamentowała, że chłop ją za to pobije. W domu ma już cztery córki i teraz miał być syn. Znowu będzie musiała zajść w ciążę, bo jej mąż powiedział, że będzie rodziła tak długo, aż urodzi mu syna. Kinga bez wahania zaproponowała kobiecie zamianę dzieci. Ta początkowo się zdziwiła, później oburzyła, ostatecznie jednak zgodziła się z radością. Lekarka i położna, (które miały bardzo liberalne podejście do życia, dzieci i ceniły u kobiet prawo robienia tego, czego chcą) stwierdziły, że to świetny pomysł i zgodziły się na to. Wszystkie kobiety obiecały, że nigdy nikomu nic nie powiedzą. Wszystkie dotrzymały słowa do końca życia. I tak Ania trafiła do ich domu. 

Pociąg wreszcie ruszył. Kinga zamknęła oczy i odetchnęła z ulgą. „Nareszcie”. Męczyła się przez te wszystkie lata. Nie kochała męża, nie kochała dzieci. Codzienne wymuszone uśmiechy, wesołe miny, seks, czesanie dzieci, wspólne obiady, spacery, udawanie szczęśliwej. Miała tego już dość. Wiedziała, że za chwilę zaczną jej szukać, Jakub wpadnie w rozpacz, może się załamie, a dzieci… a co ją to obchodzi. 
Kupiła u konduktora bilet i usiadła swobodnie przy oknie. Pociąg jechał coraz szybciej. Zamknęła oczy i uśmiechała się do siebie, pierwszy raz szczerze. Może i jest złą żoną i wyrodną matką, ale wreszcie jest, może nie szczęśliwa, ale… nie wiedziała jak określić ten stan. Bawiło ją to. Miała nadzieję, że nigdy jej nie znajdą. 
Oparła głowę o szybę i z pogodnym uśmiechem na ustach podziwiała zmieniający się krajobraz.

poniedziałek, 19 października 2020

- „Dziwna znajomość”

„Dziwna znajomość” 

- Dzień dobry panie Łukaszu. Co się stało? - ciepły, jak zawsze głos Łucji wyrwał go z zamyślenia. 
- Dzień dobry pani Łucjo. Nic… nic. 
- Jak to nic? Przecież idzie pan chodnikiem bardzo zmartwiony, ma pan krew na koszuli, o… i guziki z marynarki urwane. 
- Czasem tak bywa pani Łucjo. 
- Ale po południu widziałam pana w towarzystwie takiej ładnej dziewczyny - przerwała, bo zauważyła, że jego oczy robią się szkliste. - W takim stanie nie może się pan pokazać rodzicom, będą się martwili. Proszę do mnie, coś poradzimy. 

Nie zostało już nic z ciepłego wrześniowego popołudnia. Zbliżała się godzina dziewiętnasta, niebo pokryło się stalowymi chmurami i zapowiadało się na deszcz. Łukasz szedł powoli za Łucją. Od jakiegoś czasu czuł, że to jego bratnia dusza, chociaż on miał 16 lat, a ona około 50 i w ogóle jej nie znał. Rodzice Łukasza prowadzili sklep spożywczy, w którym on i jego dwie starsze siostry często pomagali rodzicom. Łucja przyprowadziła się ich małego miasteczka jakieś trzy lata temu. Kupiła mały domek na obrzeżu. Już po pół roku zaczęły po miasteczku krążyć na jej temat różne historie. Że nigdzie nie pracuje, a ma dużo pieniędzy, że to dama do towarzystwa, że przyjeżdżają do niej różni mężczyźni luksusowymi samochodami, w eleganckich garniturach, że zostają u niej na całą noc albo na kilka godzin, a niektórzy mówili wprost, że to kurwa. Chyba nikt jej w miasteczku nie lubił. Rodzice Łukasza też jej nie lubili, ale bardzo chętnie widzieli ją w swoim sklepie, bo zostawiała tu dużo pieniędzy. 
W sklepie każdy zwracał się do Łukasza po imieniu. „Łukaszu zważ mi kilogram jabłek”. „Nie widzę na półce soku wiśniowego. Może Łukasz by sprawdził czy nie macie na zapleczu?”. „Łukaszu, podaj mi arbuza, nie tego, o, tego”. Łukasz nie miał nic przeciwko temu, w końcu miał naście lat i było to dla niego normalne, że starsi mówią mu po imieniu. 
Łucja pierwsza powiedziała do niego „Panie Łukaszu”. Zawstydził się wtedy i czuł, że robi się czerwony gdy usłyszał „Panie Łukaszu, proszę cztery jabłka”. Wtedy pierwszy raz przyjrzał się jej dokładnie. Była bardzo ładna. Podobała mu się. Nie tak jak koleżanki ze szkoły czy z podwórka. Była taka dostojna, z elegancką fryzurą, z idealnie leżącym na niej ubraniem i z miłym uśmiechem. I tylko te jej duże, brązowe oczy… bez radości, bardzo smutne. Właśnie wtedy, nagle i niespodziewanie, poczuł tę więź bratniej duszy. Mimo, że włożył już do woreczka cztery jabłka, wyjął je, i wybrał ze skrzynki cztery inne, największe i najbardziej czerwone. Gdy podawał jej woreczek z jabłkami, uśmiechnęła się do niego, pokazując szereg śnieżnobiałych zębów. Wydawało mu się, że nawet skłoniła lekko głowę w jego kierunku. Od tego dnia, zawsze wybierał dla niej najlepsze owoce, najlepsze warzywa, nawet gdy na jakiejś butelce była krzywo przyklejona etykieta bądź pudełko było lekko pogniecione, odkładał taką butelkę, takie pudełko i wyszukiwał dla niej butelkę z prosto przyklejoną etykietą czy niepogniecione, niezagięte pudełko. Gdy spotykał ją na ulicy, zawsze mówił jej „Dzień dobry pani Łucjo”, a ona mu odpowiadała „Dzień dobry panie Łukaszu”, zawsze z tym śnieżnobiałym uśmiechem i z tym samy smutkiem w jej dużych, brązowych oczach. Aż do dzisiaj, gdy po raz pierwszy powiedzieli do siebie coś więcej niż tylko „Dzień dobry pani Łucjo”, „Dzień dobry panie Łukaszu”. 

Zegar na wieży wybijał właśnie godzinę dziewiętnastą, a z nieba zaczęły spadać pierwsze krople jesiennego deszczu, gdy dotarli do domu Łucji. Ile to się nasłuchał od kolegów jak to musi być w domu Łucji. „Ma pewno luksusowe meble”, „Pewno ma wielkie obrazy, może nawet jakiś słynny oryginał”, „W łazience ma ogromną wannę, mówię wam… tak słyszałem”, „Ponoć ma wszędzie grube, drogie dywany”, „A wyobraźcie sobie koledzy, jak musi być zaopatrzony jej barek? Pewno najlepsze wina, szampany, koniaki”, „A ciekawe, czy ta kurwa ma czerwone światło w pokoju?” Łukasza zawsze denerwowały te głupie przypuszczenia jego kolegów. Zły był na wszystkich, że przyjmują za pewnik, że pani Łucja żyje z przyjmowania mężczyzn. I nawet, gdy zauważył podjeżdżające pod jej dom luksusowe samochody, z których wysiadali mężczyźni w idealnie skrojonych garniturach, nie przyjmował do wiadomości tego, o czym mówiło całe miasteczko. A nawet, gdyby to była prawda, to jemu to w ogóle nie przeszkadzało. Gdy już znalazł się w środku, przekonał się jak bardzo nieprawdziwe były te wszystkie opinie. Pokoje były urządzone bogato i gustownie ale bez specjalnego przepychu. Nie było słynnych obrazów, grubych dywanów, nie mówiąc już o czerwonym świetle. 
- Co się stało panie Łukaszu? - spytała ciepłym głosem. 
- No cóż… życie pani Łucjo. 
- A tak dokładniej, bardziej szczegółowo? 
- Umówiłem się po południu z Weroniką… bardzo ją lubię. Było fajnie dopóki nie zjawił się Waldek z chłopakami. 
- I ten Waldek pana pobił? 
- Najpierw zaczął mi dogadywać, potem podrywał Weronikę, bardzo wulgarnie, a gdy zwróciłem mu uwagę… uderzył mnie w nos tak mocno, aż się przewróciłem, a z nosa zaczęła kapać mi krew. 
- A co na to Weronika? 
- Najpierw się ze mnie śmiała, a później poszła z Waldkiem i chłopakami. 
- No to chyba nie żałuje pan takiej dziewczyny - powiedziała wzburzona Łucja. 
- Nie… już nie. 
- I dobrze. Proszę ściągnąć koszulę, trzeba usunąć z niej krew. A guziki z marynarki pan ma? 
- Tak - Łukasz wyjął z kieszeni oderwane guziki - oderwał mi je jeden z kolegów Waldka gdy już odchodzili. 
- Przyszyję panu - powiedziała odbierając od Łukasza marynarkę i guziki - koszulę też trzeba zdjąć. Chyba się pan nie wstydzi? Wstydził się, ale nie powiedział jej tego. Zdjął koszule i podał Łucji. - Zamoczę na chwilę, usunę plamy, wyprasuję i nikt nie pozna. Tylko nie mam co panu dać do ubrania… chyba, że moją bluzkę. 
- Nie, nie trzeba, posiedzę tak przez chwilę. 
Łucja przyniosła ta tacy dwie szklanki soku pomarańczowego, rozplotła włosy upięte w kok i spięła włosy z tyłu głowy zwykłą frotką. Przyszyła guziki do marynarki, powiesiła ją na oparciu krzesła i zabrała się za prasowanie koszuli, na której nie było już śladu krwi. Spojrzała na Łukasza, który przez ten czas siedział cicho i powiedziała bardzo ciepłym głosem - Panie Łukaszu, pan mnie cały czas obserwuje. 
Łukasz poczuł, że robi się na policzkach czerwony. Tak, to była prawda, obserwował ją i zachwycał się nią. Cały czas patrzył na jej spódnicę opinającą biodra i pupę, jej zgrabne nogi i piersi, które były tak duże, że sprawiały wrażenie, jakby chciały wyskoczyć z bluzki, której dwa górne guziki nie były zapięte. Po prostu, nie mogły być zapięte. Patrzył na jej czerwone usta i spokojne ale doskonałe ruchy całego ciała. Chciał zaprzeczyć, powiedzieć że nie patrzy, ale zamiast tego powiedział tylko - Przepraszam. 
Łucja odłożyła żelazko, obdarzyła go miłym uśmiechem i podeszła do kanapy na której siedział Łukasz. Usiadła obok niego i przytuliła do siebie. Łukasz oparł głowę na jej ramieniu i wpatrywał się w dołek miedzy jej piersiami. 
- Wie pan - powiedziała cicho - różnie o mnie mówią w miasteczku, nikt mnie tu nie lubi, ale ja się nie przejmuję, też nikogo nie lubię. Tylko pana lubię z całego miasteczka, ale nie wiem dlaczego. Może przez te pana smutne oczy? Dlaczego pan, taki młody, ma smutne oczy? 
- Pani tez ma smutne oczy - odparł szybko zaskoczony swoją odwagą. 
- Tak. Jak pan to przed chwilą powiedział… życie. 
Położyła dłoń na jego głowie i delikatnie głaskała go po włosach. Łukasz opuścił głowę i oparł ją na jej piersi. Pierwszy raz był tak blisko kobiety. Wchłaniał zapach jej perfum i ciepło jej ciała. Miał ochotę pocałować tę pierś, na której miał wsparty policzek. Przypomniało mu się co koledzy mówili o jej piersiach i jej ciele. Nie jeden marzył o niej w nocy, a on teraz siedział przytulony do niej, bez koszuli, wsparty policzkiem na jednej z tych wielkich piersi. 
Łucja albo domyśliła się o czym myśli Łukasz, albo wyczuła jego przyspieszony oddech bo powiedział - Mógłby pan być moim synem, i to tym najmłodszym. Łukasz podniósł głowę i znowu powiedział - Przepraszam. 
Łucja wstała z kanapy i podeszła do okna. Wsparta rękami o parapet, wpatrywała się w szarzejący świat za oknem. 
- Nie zawsze jest tak jak chcemy. Życie bywa bardzo bolesne - mówiła wpatrzona w szybę okna. - Proszę się nie przejmować dzisiejszym dniem, Weroniką, Waldkiem, krwią na koszuli. Jeszcze nie raz będzie dużo gorzej. 
Łukasz patrzył na jej twarz odbitą w szybie okna i nie był pewien czy to kropla deszczu spływająca po szybie akurat na odbiciu jej policzka, czy łza spływająca z jej wielkich, brązowych, smutnych oczu. 
Prze dwudziestą pierwszą Łukasz stał przed drzwiami w wyprasowanej koszuli, na której nie było już śladu krwi i w marynarce z przyszytymi guzikami. 
- Proszę nie mówić rodzicom o zajściu w wesołym miasteczku, po co się mają martwić. Poza tym, nie muszą przecież wszystkiego wiedzieć. O tym, że był pan u mnie, też proszę nie mówić, to będzie nasza tajemnica. Dobrze? 
- Dobrze. Dziękuję pani za wszystko, pani Łucjo. Do widzenia pani Łucjo. Chciał jeszcze dodać, żeby nie miała takich smutnych oczu, ale wiedział, że to się u miej już nigdy nie zmieni. 
- Nie ma za co. Do widzenia panie Łukaszu - powiedział z uśmiechem Łucja. Chciała jeszcze dodać, żeby nie miał takich smutnych oczu, ale wiedziała, że to się u niego już nigdy nie zmieni. 

Łucja wyjechała z miasteczka trzy lata później. Mimo, że przez ten czas bardzo często się widzieli, nigdy już ze sobą nie rozmawiali, poza „Dzień dobry pani Łucjo”, „Dzień dobry panie Łukaszu”.

piątek, 16 października 2020

- „Obóz piłkarski”

„Obóz piłkarski” 

To były ostatnie dni lutego. Śnieg jeszcze przykrywał świat lekką warstwą bieli, ale w powietrzu dało się już wyczuć nadchodzącą wiosnę. Słoneczne dni i cieplejsze podmuchy wiatru zapowiadały rychłe jej przyjście. 
Grupa siedemnastu chłopców w wieku 14-16 lat biegła przez malowniczą dolinę otoczoną świerkowym lasem, za którym widniały szczyty niezbyt wysokich gór. Byli to młodzi zawodnicy z małego piłkarskiego klubu. 
Dobiegał końca ich tygodniowy pobyt w górach. Pensjonat, w którym spali, nie był luksusowy, można powiedzieć, że nawet nie był na średnim poziomie. Jedzenie też nie było najlepsze, ale jako to mówi trener: "chłopcy pooddychają świeżym powietrzem, pobiegają w śniegu po pagórkach, rozgrzeją mięśnie, zahartują się i o to chodzi". Zresztą, nikt nie narzekał. Chłopcy cieszyli się, że mogą chociaż na tydzień wyrwać się z ich małej miejscowości i spędzić końcówkę ferii w górach. 

Prawie dla wszystkich marzenia o piłkarskiej karierze, kończyły się na grze w seniorskiej drużynie z ich małego miasteczka, która w najlepszych okresach, występowała w lidze okręgowej. Wyjątek stanowił Marcin Milski. Chłopak chciał zrobić prawdziwą karierę piłkarską. Ponoć, jak mówi prezes, interesują się nim w Górniku Zabrze i chętnie widzieliby go w ich juniorskiej drużynie. 
Marcin marzył o grze w polskiej Ekstraklasie, a szczytem jego marzeń była gra w angielskiej Premier League. Tak jak jego piłkarski idol - Allan Shearer, Marcin chciał grać w Newcastle United. Oczywiście wszyscy śmiali się z jego marzeń gry w Ekstraklasie, nie mówiąc już o grze w lidze angielskiej. 

Trening zawsze kończył się krótkim meczem. Boiskiem była część polany, którą najpierw trzeba było odśnieżyć (oczywiście w ramach treningu). Zdarzało się, że piłka, mocniej kopnięta przez któregoś z chłopców, lądowała między krzakami, samosiejkami czy pierwszymi drzewami lasu. Tak było i ostatniego dnia ich pobytu w górach. 
- Milski, masz najbliżej do piłki! – wrzasnął trener – biegnij po nią! Jeszcze nie jesteś gwiazdą w Premier League, nikt ci jej nie przyniesie. Szybko, raz, dwa! 
Marcin zniknął w krzakach, a reszta buchnęła śmiechem. 
- Nie siedź na śniegu – krzyczał trener do jednego z chłopaków – minuty nie możecie stać spokojnie! Jak się komuś nudzi to niech biegnie z Marcinem szukać piłki. Ja wam… - nie dokończył. Od strony krzaków najpierw rozległ się krzyk Marcina, a później jakiś przeraźliwy ryk, który powtórzył się jeszcze dwa razy. Nikt się nie odezwał, nikt się nie ruszył. Pierwszy „obudził się” drugi trener i zaczął biec w kierunku krzaków. Po chwili biegli już wszyscy co sił w nogach. 
Pierwsi, którzy przybyli na miejsce, zdążyli zauważyć odbiegającego niedźwiedzia, mruczącego i odwracając głowę w ich kierunku. Na śniegu, między krzakami leżał Marcin. Z rozdartej szyi wylewała się krew. Obok leżała piłka. Żył jeszcze. Patrzył na wszystkich przerażonymi oczami. Chyba sam nie wiedział, co się stało. Zgon nastąpił po kilku minutach. 
W czasie śledztwa, jakiś specjalista stwierdził, że najprawdopodobniej niedźwiedź zbudził się z zimowego snu i włóczył głodny po lesie szukając czegoś do zjedzenia. Marcin i niedźwiedź musieli wpaść na siebie, a wystraszony niedźwiedź zamachnął łapą tak nieszczęśliwie, że trafił Marcina w szyję. 
Dwa tygodnie po tym wydarzeniu do klubu przyszedł faks z Górnika Zabrze. Ktoś chciał przyjechać, zobaczyć Marcina na treningu. Chcieli zainwestować w chłopaka. Ale Marcin był już od dwóch dni w grobie. A trener zamiast wspomnianego faksu, trzymał w ręce wezwanie do prokuratury. W końcu to on był opiekunem chłopców.

piątek, 9 października 2020

- "Jezioro"

„Jezioro” 

Na drugim brzegu zaszumiały czarne olsze. Zakołysały swoimi konarami, wstrząsnęły liśćmi, jakby były strażniczkami wielkiego lasu rozpościerającego się za nimi, który ciągnął się hen za horyzont. Dziewczynie zdawało się, że słyszy jak drzewa szumią „nie wejdziesssz do lasssu, nie wejdziesssz”. Ale Zosia nie chciała wchodzić do lasu, nie zamierzała nawet zapuszczać się na drugą stronę jeziora. 

Szła jego brzegiem, aż dotarła do swojego ulubionego miejsca, w którym rosło stare drzewo. Było ono przechylone w stronę jeziora, a jego liście na dolnych gałęziach muskały taflę wody. Drzewo było stare, miało spróchniały pień i najpewniej niedługo przewróci się i wpadnie do jeziora. Zosi kojarzyło się ono ze starą, zgarbioną kobietą, wkładającą swoje spracowane dłonie do chłodnej wody. 

Obok na sztywnych łodygach rosła pałka wodna. Dziewczyna dotknęła ich brązowych kolb. Były twarde i aksamitne w dotyku. Delikatnie je głaskała zasłuchana w ptasi chór. Nie widziała ptaków, które zapewne zajęte wysiadywaniem jaj w swoich przytulnych gniazdkach, ukryte były wśród zielonych liści drzew. Wydawało jej się, że to nie ptaki, a drzewa śpiewają. Powietrze rozbrzmiewało raz prostym ćwierkaniem, to pojedynczymi gwizdami, a innym razem skomplikowanymi melodiami. 

Po jeziorze pływał piękny kaczor z zieloną głową i co chwilę zerkała na kaczki, które odpoczywały między sitowiem porastającym brzegi i wygrzewały się w słońcu pielęgnując dziobami pióra. Wokół fruwały ważki, lśniąc niebieskimi, zielonymi i żółtymi barwami. 

Zosia rozplotła warkocz i zsunęła suknię. Włosy opadły na jej plecy, suknia na soczystą zieleń traw, a wetknięte w warkocz kwiaty lawendy na suknię. Weszła do wody. Szła uśmiechnięta nucąc wesołą piosenkę. Gdy woda sięgała jej do bioder zatrzymała się i nabrała ją w dłonie. Obmyła twarz, ręce, piersi i brzuch. Powtórzyła to kilka razy, a następnie, bardzo powoli, ruszyła dalej. Srebrzyste wody zakrywały ją coraz bardziej. Gdy woda sięgała jej do szyi, włosy stworzyły na tafli jeziora rozetę. Ale dziewczyna szła dalej, aż cała zanurzyła się w chłodnej wodzie. 

Po chwili kręgi na wodzie rozeszły się i powierzchnia jeziora znowu była gładka. Ptaki nadal koncertowały, owady fruwały, a kaczki, przez moment zainteresowane nagłym pojawieniem się ludzkiej istoty nad jeziorem, znowu oddawały się toalecie i słonecznej kąpieli. 

Minęła chwila zanim Zosia wyłoniła się na środku jeziora i zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Oddychała szybko. Zanurzyła się jeszcze kilka razy, rozpryskiwała wokół wodę i śmiała się, aż w końcu zmęczona położyła się na plecach pozwalając by woda uniosła jej ciało, a słońce delikatnie pieściło jej mokre piersi i brzuch. Rozmyślała… 

Jezioro było położone na tyłach posiadłości jej dziadków. Była to mała wieś, w której nic się nie działo, nie było turystów, a życie płynęło tu bardzo spokojnie. Spędzała tu zawsze wakacje i właśnie wtedy często kąpała się nago w jeziorze. Czuła się po takiej kąpieli czysta wewnętrznie, odprężona i naładowana jakąś pierwotną energia. 

Ale niestety, wszystko musi się kiedyś skończyć. Dorosła, rok temu wyszła za mąż i była w drugim miesiącu ciąży. Podjęli z mężem decyzję o wyjeździe na stałe za granicę. Przyjechała tu na trzy dni pożegnać się z dziadkami, z miejscem swojej młodości, z jeziorem, z najlepszymi wspomnieniami. Wiedziała, że prawdopodobnie, nigdy tu już nie wróci, nigdy już nie będzie pływać nago w tym jeziorze - dziadkowie chcą sprzedać posiadłość i przenieść się na starość do pobliskiego miasteczka do bloku. Ten ostatni raz była nad jeziorem bardzo długo. Było już ciemno gdy wracała do domu. Tylko księżyc oświetlał wydeptaną dróżkę, którą Zosia tak dobrze znała, którą tyle razy szła jako młoda dziewczyna. A teraz przemierzała ją jako żona i przyszła matka, jako dorosła kobieta. I nagle smutek wdarł się do jej serca i łza spłynęła po jej policzku. Poczuła, że coś się skończyło. Coś, co nigdy już nie wróci.

piątek, 8 maja 2020

- „Palenie szkodzi”

„Palenie szkodzi” 

       Jan właśnie rozpinał bluzkę Judyty, gdy na wąskiej, dziurawej drodze pojawiły się światła samochodu. Jako, że oboje byli w związkach małżeńskich, nie chcieli żeby ktoś ich tu zobaczył. Skulili się na tylnej kanapie samochodu Jana i zastygli w bezruchu.
       Samochód jechał bardzo wolno, minął ich i zaparkował po drugiej stronie ulicy, miedzy blaszanym garażem, a dużym rozłożystym dębem. Kierowca wyłączył silnik i światła. Było tam prawie zupełnie ciemno, światło najbliższej latarni ledwo tam docierało. Samochody dzieliło jakieś 30 metrów.
       Jan powoli podniósł głowę i obserwował w napięciu co się stanie. Judyta pospiesznie zapinała bluzkę. Z samochodu wysiadł najpierw mężczyzna, a potem kobieta i przesiedli się na tylną kanapę.
       - Kochankowie - oznajmił cicho Jan i odetchnął.
       - Że też musieli wybrać akurat to samo miejsce co my.
       - Teraz nie możemy stąd odjechać. Musimy tu siedzieć aż oni odjadą.
       - Trzeba chyba pomyśleć nad innym miejscem - szepnęła Judyta, która sięgnęła ostrożnie na przednie siedzenie po kurtkę i nakryła się nią. Na dworze było kilka stopni poniżej zera i w samochodzie robiło się zimno, a zapowiadało się, że posiedzą tu trochę schowani za przednimi siedzeniami.

       Była to boczna ulica z garażami po obu stronach, z drzewami, krzakami, ze słabym oświetleniem. Miejsce było trochę zaniedbane i oddalone kawałek od osiedla. Przyjeżdżali tu od pół roku, parkowali między blaszanymi garażami i kochali się. Jesienią i zimą gdy robiło się wcześnie ciemno i zimno, nikt się tu nie kręcił, nigdy nikogo tu nie spotkali. Aż do dzisiaj.

       - Wychodzą - rzekł Jan.
       Najpierw wyszła dziewczyna, zapaliła papierosa, poprawiła mini spódniczkę i zapięła płaszczyk. Oparła się o samochód i spokojnie paliła patrząc w gwieździste niebo. Po chwili wyszedł mężczyzna. Zapiął kurtkę, owinął szalik wokół czyi i również zapalił papierosa. Przez moment jego twarz rozświetlił płomień zapalniczki.
       - Cholera, to mój mąż! - warknęła zdziwiona Judyta.
       - Tak… chyba twój mąż - rzekł również zdziwiony Jan.
       - A to świnia, ma kochankę, dużo młodszą - i od razu zdała sobie sprawę z wypowiedzianych słów. Przecież ona też ma kochanka i jest tu, w tym samym celu co on.
       - Chyba nie masz do niego pretensji, skoro ty…
       - Zamknij się!
       Ale po chwili milczenia, oboje zaczęli się cicho śmiać.
       W tym czasie kochankowie wypalili papierosy, wsiedli do samochodu i odjechali.
       - I gdyby nie zapalali papierosów - mówił Jan - nic byś nie wiedziała. Papieros go zgubił, a raczej płomień zapalniczki.
       - Zawsze mówiłam, że palenie szkodzi…

wtorek, 28 kwietnia 2020

- „Kobieta zmienną jest”

 „Kobieta zmienną jest” 


     Marek przyjechał do miasteczka 3 lata temu. Prowadził własna firmę, jeździł kabrioletem i kupił sobie duże mieszkanie w pięknej kamienicy. Był przystojnym 30-letnim mężczyzną, za którym oglądały się wszystkie panny, i nie tylko, z okolicy. Przez te 3 lata, żadnej kobiecie nie udało się go poderwać czy choćby umówić na kawę. A próbowało naprawdę wiele kobiet. Marek prowadził raczej spokojne życie, nie pokazywał się na imprezach, nie przesiadywał w kawiarniach do rana z różnymi dziewczynami, nie obnosił się również swoim bogactwem. (A jak to bywa w małej miejscowości, wszyscy wiedzieli, że jest bardzo bogaty). Jego tryb życia, mimo, że był młody, przystojny i bogaty przypiął mu łatkę dziwaka i kobiety przestały się nim interesować. 
     Marek podobał się również Marysi, która mieszkała trzy kamienice dalej - oczywiście jej kamienica nie była taka ładna i nowoczesna jak kamienica Marka. Była to typowa stara kamienica ze spadającym tynkiem. Marysia nie uważała siebie za super piękną dziewczynę. Mówiła o sobie, że jest przeciętna dziewczyna (czytaj niezbyt ładną), mieszkającą w przeciętnej kamienicy (czytaj brzydkiej), prowadzącą przeciętne życie (czytaj nudne). Ale miłość to miłość. I teraz gdy już wszyscy uważali Marka za dziwaka, ona postanowiła działać. Wiedziała, że Marek chodzi co niedziela do parku za miasteczkiem, zaszywa się tam w najdalszy, porośnięty drzewami i krzewami kąt, i czyta książki i spaceruje (Wiedziało o tym całe miasteczko, bo jak to bywa w małej miejscowości…). I to w oczach innych tylko podkreślało jego dziwactwo. (Bo jak można niedzielne popołudnia spędzać samotnie w parku czytając książkę). 
     Maria postanowiła sobie, że nie odezwie się pierwsza do niego, nie miała tyle odwagi. Chciała tylko, żeby on zwrócił na nią uwagę, a potem, „jak będzie chciał to sam się do mnie odezwie, w końcu to facet” - myślała. 
     Pojechała w słoneczną lipcową niedzielę swoim starym samochodem do parku. Miała na sobie czarną bardzo obcisłą, bardzo krótką sukienkę, czarne pończochy, czarne szpilki i dość mocny, może nawet wyzywający makijaż. Serce jej waliło bardziej niż obcasy o bruk, ale szła. „Musi na mnie zwrócić uwagę, musi”. Zwrócił… niejeden facet, który spacerował w parku. Ktoś chciał ją zaprosić na kawę, ktoś na lody, ktoś zagwizdał na jej widok, ktoś prosił o numer telefonu i każdy się za nią odwracał. Każdy tylko nie Marek, który nawet nie podniósł wzroku znad książki, mimo, że przechodziła obok ławki na której siedział aż trzy razy. 
     Wróciła do domu zmęczona i zła na siebie. Wyglądała jak dziewczyna spod latarni, źle się czuła (to nie był jej styl ubierania się). Miała tylko nadzieję, że nikt ze znajomych jej nie widział w tym stroju. 
     Następnej niedzieli znowu pojechała do parku. Przemyślała wszystko i tym razem ubrała się jak dama. Długa prosta spódnica, elegancka bluzka w kwiaty z kołnierzykiem i żakiecik. Włosy miała zaczesane w staranny kok. Miała nawet przeciwsłoneczą parasolkę, którą przechowywała po swojej babci i traktowała ją jako pamiątkę, której przecież nigdy nie użyje. Spacerowała bardzo powoli i dostojnie obok ławki, na której siedział Marek czytający książkę… i znowu nic. Inni ją oczywiście zauważyli. Patrzyli na nią zdziwieni, uśmiechali się tajemniczo, raz nawet usłyszała za sobą „Wariatka”, a raz jakiś miły starszy pan spytał ją „Pani z teatru? Rozdaje pani jakieś ulotki?”. 
     Wróciła do domu zła na siebie i trochę na Marka. Ale postanowiła się nie poddawać i za tydzień spróbować znowu. 
     Dopiero teraz do niej dotarło, że Marek chodzi zawsze w garniturze, w krawacie, jest szefem firmy więc ona powinna się ubrać jak business woman, kierowniczka biura, czy asystentka dyrektora. 
     W kolejne niedzielne popołudnie Maria spacerowała po parku ubrana w materiałowe spodnie posiadające idealnie uprasowany kant, białą bluzkę i granatowy żakiet. Włosy wyprostowane na prostownicy spadały lśniące na jej plecy. Pod pachą miała czarną teczkę. Oczywiście, mimo kilkukrotnego przejścia obok Marka, nie było z jego strony żądnej reakcji. Tym razem przynajmniej nikt jej nie zaczepiał, nie gwizdał za nią ani nie nazywał jej wariatką. 
     Wróciła do domu zła na Marka. Zaczęła go również uważać za dziwaka, ale jeszcze się nie poddawała. Próbowała w kolejne niedziele. Na styl sportowy, nastolatki z warkoczykami, zbuntowanej dziewczyny z podartymi jeansami i t-shirtem i nic. Żadnego choćby spojrzenia. W końcu dała więc spokój. „On jest rzeczywiście bardzo dziwny” - mówiła sobie. 
     Kilka tygodni później zobaczyła go znowu. Był czwartek i Maria poszła do biblioteki oddać książki. I tam go spotkała. Szukał książki między bibliotecznymi regałami. W garniturze, krawacie, w oparach drogich perfum. A ona… miała starą sukienkę do kolan, starą bluzkę i włosy związane frotką w zwykły kucyk. Sięgnęła nawet ręką do włosów by je rozpuścić ale rozmyśliła się. Schowała się szybko po przeciwnej stronie za regałem z poezją i obserwowała go udając, że przegląda tomiki. Znowu odżyło w niej uczucie, które przez ostatnie tygodnie starała się z całych sił wyrzucić ze swojego serca. Ich spojrzenia spotkały się raz, drugi… „Teraz go spotkałam! Teraz na mnie patrzy! Jak ja wyglądam… w starym ubraniu, bez makijażu, bez fryzury… wyglądam jak… jak… nie wiem co. Dobrze, że nie mam kapci na nogach” irytowała się dziewczyna. 
     Maria wyszła zza regału z poezją dopiero wtedy, gdy Marek opuścił bibliotekę. Z ciągle bijącym sercem oddała książki, wypożyczyła nowe i ze smutną miną wyszła z biblioteki. 
     Gdy znalazła się na chodniku spostrzegła po drugiej stronie ulicy Marka opartego o swój kabriolet. Na jej widok Marek podszedł do niej. 
     - Dzień dobry - rzekł spokojnie. 
     - Dzień dobry - odparła zmieszana Maria. 
     - Czy mogę panią zaprosić na kawę? 
     - Mnie? 
    - Tak, albo na lody. Jest tu niedaleko… - ale spostrzegłszy zdziwioną minę Marii powiedział - Przepraszam, nie przedstawiłem się, Marek Kowalski, Wiem, że pani mnie nie zna ale bardzo mi będzie miło jeśli będę mógł panią zaprosić na kawę, chyba… że pani nie ma czasu… ochoty. 
     - Tak mam - Marii kręciło się trochę w głowie - właściwie to znam pana… z widzenia. 
     - Tak? 
     - Widziałam pana kilka razy w parku w niedzielne popołudnia. 
     - Tak lubię tam chodzić, spokojnie tam i ładnie. Pani też tam bywa? 
     - Tak, czasami. 
     - Nie widziałem pani nigdy, a… szkoda - dodał z uśmiechem 
     Maria wpatrywała się w niego. „Nie widziałeś, a dla kogo ja się stroiłam, przechodziłam pod twoim nosem w sumie kilkanaście razy jak nie więcej”. Ale powiedziała tylko cicho - To może pójdę się przebrać, nie jestem ubrana żeby… 
     - Po co? ślicznie pani wygląda. To co idziemy, to niedaleko… pani… 
     - Maria - dziewczyna uświadomiła sobie, że jeszcze się nie przedstawiła. 
     Po kawie, Marek odwiózł Marie do domu, (bardzo się zdziwił, że mieszka tak blisko niego, i że nie widział jej do tej pory). Umówili się na niedzielny spacer w parku. I tu się Maria trochę zmartwiła „I co ja mam ubrać w niedzielę, przecież nie pójdę w tym starym ubraniu, a w eleganckim stroju może mnie znowu nie zauważyć…”.

piątek, 24 kwietnia 2020

- „Pierwsze płatki śniegu”

„Pierwsze płatki śniegu”

Zima przyszła bardzo późno. Taka prawdziwa zima, ze śniegiem. Były ostatnie dni stycznia i właśnie zaczął padać pierwszy śnieg. Patrzyłem przez okno jak biały puch pokrywa drzewa, trawnik i ulicę. Myślałem o babci. Wczoraj co chwilę prostowałem jej rękę i kładłem na kołdrze, żeby kroplówka mogła spokojnie kapać. Ale ona i tak po pewnym czasie zginała rękę i kroplówka przestawała kapać. Wtedy znowu prostowałem jej rękę i tak w kółko. Spoglądała wtedy na mnie ale patrzyła przeze mnie, gdzieś w dal. 
Przed południem odebrałem telefon. „Babcia zmarła”. 
Przyglądałem się przez chwilę wielkim puszystym płatkom śniegu, które pokrywały brudne miasto zamieniając je w bajkową krainę. Ludzie chodzili dalej po chodniku, samochody jeździły po ulicy, gdzieś w oddali zadzwonił telefon. Nic się nie zmieniło. Babcia zmarła. 
Schowałem dokumenty, ubrałem kurtkę, szalik, czapkę i wyszedłem na zewnątrz. Było zimno i już prawie całkowicie biało. Szedłem chodnikiem powoli, bo zdążyło się już zrobić bardzo ślisko. Minęły mnie trzy dziewczyny rozmawiające o szkole. Jakiś mężczyzna tłumaczył drugiemu coś o zakupie mieszkania przeklinając przy tym siarczyście. Chłopak przez telefon umawiał się na sobotnią imprezę, a młoda para całowała się przed sklepem spożywczym - zauważyłem, że mieli takie same czapki. Jakiś zgarbiony dziadek szedł z ciężką torbą z zakupami wspierając się na lasce. Wesołe, małe dziecko zaczęło lepić bałwana obok przystanku autobusowego, nie zważając na upomnienia mamy. Śmiało się przy tym i co chwilę klaskało w dłonie, a z jego rękawiczek sypał się puszysty śnieg. 
Nic się nie zmieniło. Zapowiadała się piękna zima, przynajmniej przez kilka dni. Tylko wraz z pierwszymi płatkami śniegu odeszła babcia…

piątek, 20 marca 2020

- "Kino"

„Kino” 


       W kinie panował półmrok. Usadowiony wygodnie w miękkim fotelu, z zamkniętymi oczami, czekałem na rozpoczęcie filmu. 
       Zdążyła w ostatniej chwili. Usiadła po mojej lewej stronie, dwa miejsca dalej. Miała buty do kolan i krótką sukienkę. Bardzo krótką. Założyła nogę na nogę… jedwab bezszelestnie ślizgał się po jedwabiu. Przełożyła nogę jeszcze kilkanaście razy… jej palce delikatnie przesuwały się po jedwabnych udach. 
       Nagle włączyli światła, a ludzie zaczęli wychodzić z kina. 
       Ponoć to był dobry kryminał, trzymający w napięciu. Ja nie wiem kto zabił, kogo zabił, czy wykryto zbrodnię. Nie wiem nawet czy popełniono jakieś morderstwo…

sobota, 27 lipca 2019

- "Magda"

"Magda" 



     Była ciepła, lipcowa noc. Właśnie minęła północ. Jaśmina siedziała z Magdą na balkonie. Dziewczyny wspominały dawne czasy, plotkowały, opowiadały o swoim życiu, a od jakiegoś czasu siedziały w ciszy wpatrzone w wielki okrągły księżyc unoszący się nad drzewami. Milczenie przedłużało się. Jaśmina rozmyślała o wieczornym spotkaniu z koleżanką. 
     Magda zaraz po szkole wyjechała za granicę i od tego czasu się nie widziały. Spotkała ją dzisiaj przed swoim domem, gdy wracała z wieczornego spaceru i zaprosiła do siebie. Magda była… dziwna, choć Jaśmina nie była przekonana czy to najwłaściwsze określenie, ale nic lepszego nie przychodziło jej do głowy. Nic nie jadła, nic nie piła, była bardzo blada. Jaśmina była coraz bardziej przekonana, że to spotkanie nie było przypadkowe, że Magda na nią czekała. 
     - Pójdę już - powiedziała cicho Magda przerywając milczenie - pewnie ci przeszkadzam? Jutro idziesz do pracy, a jest już po północy, nie wyśpisz się. 
     - Nie przeszkadzasz, chodzę późno spać. Zresztą jest pełnia, zawsze mam wtedy problem ze snem. 
     - Aha. A co wtedy robisz? 
     - Czytam, myślę o różnych rzeczach, piszę… Wiesz, próbują pisać. 
     - A… - Magda pokiwała głową. 
     - Albo… rozmawiam ze zmarłymi. 
     - A… - Magda znowu pokiwała głową. 
     - Naprawdę. Nie w myślach… Oni… oni naprawdę przychodzą i rozmawiam z nimi… Zresztą mówiłam wam o tym na jakiejś imprezie gdy chodziliśmy do szkoły. Śmiałyście się wtedy ze mnie i mówiły, że za dużo wypiłam. 
     - Pamiętam. Teraz ci wierzę… rozumiem to - odparła cicho Magda. 
     - Rozumiesz? 
     - Tak. 
     - Magda, co ci jest? - spytała Jaśmina z troską w głosie. 
     - W zasadzie nic - odparła smutno Magda. 
     - A tak naprawdę? Co się stało? 
     - W zasadzie nic… Umarłam trzy dni temu…

piątek, 12 lipca 2019

- "Na ławeczce w parku"


"Na ławeczce w parku"

(Ona, siedzi na ławeczce w parku,
On, niby sprawdza coś na zegarku,
Podchodzi i nisko się jej kłania).
ON:        Mogę usiąść, czy pani zabrania?
(Ona nic nie odpowiada),
On, mimo to, obok siada).
ON:        Czy pozwolisz o pani, że spocznę przy tobie.
ONA:     Spocząć to pan może, ale we własnym grobie.
ON:        Rozumiem, pani jest niezadowolona,
Może nawet poczuła się urażona.
(Ona nic nie odpowiada),
On, mimo to, dalej gada).
ON:        Zapraszam panią na lody z ajerkoniakiem.
ONA:     Niestety będziesz pan musiał obejść się smakiem.
Ja z nieznajomymi nie chodzę na lody!
ON:        Szkoda… A może na piwo do gospody?
ONA:     (oburzona) Coś pan?! Ja jestem dama. Jaka gospoda!
ON:        To może do restauracji? Kawa? Herbata? Czy woda?
(Ona nic nie odpowiada),
On, mimo to, dalej gada).
ON:        Zlituj się dziewczyno!
Może chociaż wino?
ONA:     Wino… to ja mam przy sobie w koszyku.
(rozpromieniona) Niegrzeczny chłopczyku.
(I wyciąga „wino marki wino”)
ON:        (oburzony) Co to jest dziewczyno?
Skąd u ciebie taki trunek! Myślałem żeś ty dama?
ONA:     Dama nie dama… a to wino kupiłam se sama.
ON:        (do siebie) Randka mi się nie udała, takie życie.
Mam przynajmniej na świeżym powietrzu darmowe picie.

- "Biblioteka"

"Biblioteka" 


- Gdzie idziesz? – spytała Jessica 
- Do biblioteki – odparła Jaśmina 
- Po co? 
- Jak to po co? "Pograć w ping-ponga idiotko" – pomyślała. Ale powiedziała – oddać książki i wypożyczyć nowe. 
- Achaaaa 
- A ty kiedy ostatnio byłaś w bibliotece? 
- Ja nie mam czasu Jaśmino. Wiesz fryzjer, kosmetyczka, fitness klub, zakupy, kawa z przyjaciółką i takie tam. Teraz biegnę na zakupy bo wyjeżdżamy. Byłam już w tym roku w Chorwacji a teraz lecę do Austrii. A ty gdzie byłaś w tym roku Jaśmino? – spytała z wyższością Jessica. 
- Ja? Najpierw… w Barcelonie, potem w dworku gdzieś na wschodzie Polski, krótko byłam w Londynie, płynęłam statkiem po Amazonce, spacerowałam ulicami Paryża, podróżowałam przez Egipt i jeszcze raz zawitałam do Francji. I jeszcze podróżowałam orient ekspresem. To cześć muszę lecieć, bo nie zdążę do biblioteki. 
- Wow – powiedziała Jessica spoglądając za odchodzącą Jaśminą – ta to ma życie!